wtorek, 12 maja 2020

Autoportret

Mam na imię Alicja i bardzo lubię swoje imię. Nie przepadam za skróconą wersją swojego imienia, ale za to lubię, gdy ktoś pieszczotliwie nazywa mnie Alcią lub Alutką.

Kocham nad życie swoich rodziców i myślę, że jestem dobrą córką. Córką, z której rodzicie są dumni. Jakiś czas temu wyprowadziłam się od rodziców i często ich odwiedzam, bo bardzo to lubię. Nigdy nie mieli chyba ze mną problemu, zawsze potrafiłam się z nimi dogadać, więc kłótnie były nam obce. Są dla mnie ogromnym autorytetem, przede wszystkim dlatego, że są dobrymi ludźmi. Jestem też malutką siostrą, bo moje rodzeństwo jest starsze ode mnie o 12 i 8 lat. Ale kocham swoje rodzeństwo i jestem ogromnie wdzięczna za to, że mam i siostrę i brata.

Jestem też "miłością życia" mojego Marcina. Przynajmniej on tak mówi. :) Staram się być dobrą partnerką, kochanką czy przyjaciółką dla mojego Marcina. Cały czas uczę się tego, by szanować tę drugą ukochaną osobę, wspierać i doceniać to, co dla mnie robi. Mimo tego, zdarza mi się być zołzą i kombinuję cały dzień, o co by się przyczepić. Mimo to, on mówi mi, że jestem dla mnie najpiękniejsza i idealna. Kocham go nad życie i uczę się cały czas, jak iść przez życie razem z nim, obok siebie. Zakochałam się w Marcinie od pierwszego wejrzenia. Gdy spotka się tę właściwą osobę, życie naprawdę staje się lepsze i takie pełniejsze.

Mam trzy oddane przyjaciółki i jestem wdzięczna losowi za nie, bo wiem, że znaleźć prawdziwych, oddanych i zaufanych przyjaciół nie jest łatwo. Przez moje życie przetaczało się mnóstwo ludzi i tak już po prostu jest- ktoś się pojawia, by potem zniknąć. One zostały. Są skarbami, osobami nietuzinkowymi, niesamowicie inteligentnymi i wrażliwymi. Są takimi perełkami. Nie każdy ma szansę spotkać prawdziwego przyjaciela. Mnie się udało.

Jestem kobietą, która zmagała się/zmaga się? z depresją. Nigdy nie pomyślałabym, że ta choroba może dopaść i mnie. Nie łatwo się o tym mówi i mimo tego, że jest już lepiej, zawsze z tyłu głowy mam te dni, kiedy było naprawdę, naprawdę nieciekawie, źle i smutno. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będzie już lepiej i zawsze będę żyła w takiej nijakości i smutku. Ale to nieprawda. Dzięki tej chorobie zrozumiałam kilka rzeczy i zaczęłam małymi krokami zmieniać swoje życie.

Dlatego jestem przyszłą studentką kosmetologii i przyszłym kosmetologiem. Pielęgnacja, dermatologia, skóra jest czymś, co mnie niesamowicie interesuje, chłonę wiedzę jak gąbka i myślę, że będę w przyszłości świetnym specjalistą i oddaną pracy osobą. Zawsze chciałam zarabiać na pasji. W wolnej chwili dokształcam się sama. Aktualnie zajmuję się wertowaniem podręcznika z chemii i oglądaniem filmów kosmetologicznych o budowie i funkcjonowaniu skóry. Kiedy coś tak ogromnie się lubi, zawsze znajdzie się chęć i motywacja.

Jestem kobietą, która w przyszłości chciałaby być żoną i mamą. Marzę o skromnym domku z pięknym ogrodem, z liściastymi drzewami, warzywami i oczkiem wodnym. Marzę o stworzeniu rodziny i domu, w którym będzie dużo miłości, wzajemnego wsparcia, zrozumienia i szacunku. Domu, w którym będzie się odczuwać tę dobrą atmosferę. To jest chyba moje największe marzenie- być otoczona przez najbliższych ludzi, których kocham całym sercem.

Jestem molem książkowym. Od dłuższego czasu uwielbiam spokojną muzykę. Uwielbiam patrzeć na obrazy i czarno-białe zdjęcia. Kupiłam ostatnio nowe ołówki i szkicownik, by w końcu tworzyć coś swojego. W mojej głowie roi się od artystycznych obrazów, wizji i przemyśleń.

Jestem człowiekiem, który potrzebuje ciągłego kontaktu z naturą- wtedy jest mi najlepiej. Nie dla mnie duże miasta, centra handlowe i olbrzymie skupiska ludzi. Lepiej mi, gdy jestem w lesie, w górach lub w ogrodzie w rodzinnym domu. Codziennie potrafię się zachwycić tym, co mnie otacza. Każdą rośliną, każdym zwierzaczkiem. Zapewne to przez to, że interesuję się astronomią, astrofizyką i Wszechświatem. Po takich kosmicznych podróżach (czytając książki popularno-naukowe na temat astronomii) wiem jedno- nasza planeta, Ziemia i to, co tu się wytworzyło, to cud. I coraz bardziej wierzę w to, że jest to dzieło Boga. Natura mnie inspiruje, pozwala się zrelaksować i wyciszyć. Jestem jej częścią, dlatego tak ważne jest dla mnie życie w zgodzie z nią. Uwielbiam wycieczki górskie po nieobleganych szlakach. Uwielbiam swój rower i ostatnio na przejażdżce rowerowej z tatą odkryliśmy przepiękny, liściasty las, który przeniósł mnie do zupełnie innej rzeczywistości.

Kocham mojego psa Zuzię, którą wzięłam ze schroniska. Co prawda zrobiła się na starość wredną zołzą, zawsze się cieszę i ją głaszczę, tulę i całuję, jak ją widzę. A ostatnio w moim życiu pojawił się kolejny puchaty gość- króliczek Lucy. Zwierzęta będą mi towarzyszyć całe moje życie. Wyobrażam sobie przyszłość, gdzie oprócz dzieci, po ogrodzie biegają psy- oczywiście ze schroniska. Chociaż mój Marcin zaraził mnie miłością do Samoyedów.

Miałam dwa podejścia do wegetarianizmu. Mówią, że do trzech razy sztuka. 

Dzięki depresji stałam się osobą pewniejszą siebie i odważniejszą. Pierwszy raz w życiu potrafię się określić- kim jestem, co lubię i czego chcę od życia. Wierzę w siebie bardziej i wierzę w to, że coś może w życiu mi się udać.

A najważniejsze dla mnie, to żyć i cieszyć się z tego, co daje mi los! I przede wszystkim- być dobrym człowiekiem.

Taka właśnie jestem, 12 maja 2020 roku, w dniu moich 26. urodzin. :)

środa, 8 kwietnia 2020

Dlaczego masz trądzik? Poznaj 3 przyczyny.

Walczę z trądzikiem od dobrych 12 lat i na przestrzeni tylu lat zaobserwowałam i zidentyfikowałam przyczyny, kiedy, jak i dlaczego mój stan skóry się pogarsza.

Chciałabym na początku zaznaczyć, że nie jestem lekarzem, kosmetologiem czy dietetykiem i są to wyłącznie moje obserwacje i spostrzeżenia. Od jakiegoś czasu bacznie obserwuje swój organizm, a przede wszystkim skórę.


1. STRES

Zapewne wielu z Was zaskoczyło to, że na pierwszym miejscu znajduje się stres. Każdy już o tym słyszał, jak stres działa destrukcyjnie na cały organizm, wszędzie się o tym trąbi, ale i tak mam wrażenie, że w codziennym życiu zapominamy o tym i nie oszukujmy się- nie da się żyć bez stresu i prowadzić bezstresowe i bezproblemowe życie. Na pewno da się go ograniczyć albo z nim sobie radzić. To właśnie stres ma największy wpływ na to, czy moja skóra jest gładka lub pełna niechcianych niespodzianek. Serio. Miałam ostatnio bardzo zły i bardzo stresujący okres w moim życiu- co odzwierciedlało to mój stan cery. Pryszcze potrafiły pojawiać się w ilościach hurtowych z dnia na dzień w postaci podskórnych, głębokich i bolących grudek na policzkach oraz w postaci wykwitów ropnych na brodzie i czole. Od momentu, gdy w moim życiu "się uspokoiło", a ja wychodzę powoli na prostą, trądzik zmniejszył się o dobre 90 %.  Od kiedy odpuściłam wiele rzeczy i podchodzę do wielu spraw ze spokojem, moja skóra również się wyciszyła.


2. DIETA 

Napiszę teraz coś, co nie będzie odkryciem Ameryki: jesteś tym, co jesz, a to, co jesz, bardzo wpływa na stan Twojej skóry. Zgadzam się z tym w 100 %. U mnie przede wszystkim wskazanym było ograniczenie słodyczy (nie jestem w stanie zrezygnować w całości ze słodyczy, NIE MA MOWY :D Życie bez słodyczy już w ogóle byłoby do dupy :D) i czekolady mlecznej w różnej postaci. Jem regularnie gorzką czekoladę z minimalną zawartością kakao 70 %. Ograniczyłam ten nabiał, przede wszystkim mleko, twarożki i białe serki.

Gdy więcej imprezowałam i piłam więcej alkoholu, trądzik po kilku dniach bardzo się nasilał. Dość szybko też znikał, ale miałam niepodważalny dowód, że picie alkoholu w moim przypadku nie wpływa dobrze na cerę.

Piję za to duuużo wody (są okresy, gdy to picie zaniedbuję i widzę skutki od razu- skóra jest jakaś sucha i nienawilżona od wewnątrz), zieloną herbatę liściastą, moją ukochaną herbatę liściastą z pokrzywy i ostatnio cały czas oswajam się z herbatą z wierzbownicy drobnolistnej, która podobno bardzo dobrze wpływa na cerę trądzikową i tłustą. Nie wiem, czy się polubimy, bo smak tego zioła chyba do końca nie jest dla mnie.

3. PROMIENIOWANIE ULTRAFIOLETOWE (UV)

Czyli po prostu Słońce i promieniowanie słoneczne. Nadal krąży mit, że Słońce trądzik leczy. To nieprawda. Powoduje "wysuszenie" pryszczy i rzeczywiście można mieć wrażenie, że cera dzięki temu jest zdrowsza i w lepszej kondycji. W moim przypadku tak jest- latem moja cera staje się cerą normalną, gładką, nie mam większych problemów z wykwitami, ale to, co dzieje się po zakończeniu lata, to jest jakaś tragedia... Trądzik wraca ze zdwojoną siłą i tak naprawdę walczę z tym całą jesień i zimę. Cera wraca powoli do normy wraz z końcem zimy, na przełomie marca/kwietnia. Kiedyś tego faktu nie wiązałam ze sobą, mimo że trądzik wracał co roku po zakończeniu lata. Teraz wiem, że niestety muszę bardzo mocno ograniczyć przebywanie bezpośrednio na Słońcu- a dla osoby, która uwielbia się opalać i potrafi wytrzymać w największe piekło i największy skwar, jest to dosyć ciężkie. Ale wolę być jednak zdrowym białasem z dobrym stanem cery na jesień. Dlatego w tym roku mam cel, by jak najmniej się opalać i wystawiać buzię na Słońce i bardziej pamiętać o kremie z filtrem z SPF 50. Od jakiegoś czasu mocno nawilżam skórę również w okresie letnim (cera trądzikowa jak najbardziej potrzebuje nawilżenia), by nie doprowadzić jej do przesuszenia. Przesuszona cera trądzikowa produkuje jeszcze więcej sebum, by samej sobie poradzić i nawilżyć skórę, co powoduje wysyp pryszczy. No i błędne koło się zamyka.



poniedziałek, 30 marca 2020

Trądzik: moja historia część I

Jest to dla mnie wpis bardzo emocjonalny i trudny. Bo chociaż ktoś może machnąć ręką i powiedzieć "Jezu, gdybym ja miał taki problem jak Ty, byłbym szczęśliwy" albo "Weź nie przesadzaj, jak zakryjesz podkładem, to nic nie widać", trądzik dla mnie nie jest tylko moją chorobą skóry, ale skutkiem moich innych problemów zdrowotnych, tych fizycznych i przyczyną problemów psychicznych- temat trądziku podnoszę podczas mojej psychoterapii.

Trądzik pojawił się po raz pierwszy, gdy byłam w gimnazjum, czyli 12 lat temu. Miałam wtedy grzywkę i problemy z trądzikiem na czole, z wiadomej przyczyny-  z powodu grzywki. Włosy przetłuszczały się, rozpoczynałam okres dojrzewania i pamiętam doskonale, że krostki na czole maskowałam słynnym antybakteryjnym pudrem kompaktowym Synergen 😃

Duży, bardzo duży problem trądziku pojawił się w 3 klasie liceum. Udałam się do dermatologa i zostały przepisane mi leki na trądzik (doustny antybiotyk i leki zewnętrzne). Dermatolog skierował mnie również do endokrynologa z podejrzeniem nierównowagi hormonalnej i od tego całe "bailando" się zaczęło.

U endokrynologa miałam zrobione USG tarczycy i postawioną diagnozę- niedoczynność tarczycy. Pamiętam, że miałam również robione badania DHEA-SO4, TSH i prolaktyny. Lekarz przepisał mi bardzo znane tabletki na wyrównanie hormonów tarczycy i również znane w tamtym okresie tabletki antykoncepcyjne, które trądzik miały mi wyleczyć.
W efekcie pamiętam tylko tyle, że napuchłam, byłam agresywna i rozdrażniona i miałam olbrzymie plamienia w czasie stosowania tabletek antykoncepcyjnych.

Trądzik był wszędzie- na czole, na brodzie, ale najbardziej atakował moje policzki. Wielkie, podskórne, bardzo bolące "grudki", które nigdy nie chciały wyjść na zewnątrz. Nie miałam trądziku w okolicy żuchwy. Lekkie krostki na plecach i dekolcie, ale nie powodujące dyskomfortu.

Był to dla mnie bardzo stresujący okres- była to klasa maturalna,  a więc duża ilość nauki i zmęczenie.

Nie pamiętam już dokładnie kiedy, ale pamiętam, że odstawiłam tabletki antykoncepcyjne i leki na tarczycę. Czułam się po prostu źle, fizycznie i psychicznie. Nie skonsultowałam tego z lekarzem, nie wróciłam już nigdy do endokrynologa, który przepisał mi te leki.

Na studiach mój trądzik ucichł, ale nie zniknął. Złagodniał i nie atakował tak mocno, jak w liceum. Wtedy też stan mojej skóry na tyle się poprawiał, że mogłam udać się w sezonie jesienno-zimowym do dermatologa na kwasy, czyli zabiegi spłycające blizny potrądzikowe i rozjaśniające przebarwienia. Były to zabiegi kwasami o wysokich stężeniach- takich, które wykonywać może już tylko lekarz. Jestem dość odporna na ból, uczucie pieczenia i swędzenia- potrafiłam długo wytrzymać z kwasem na buzi. Skóra zawsze po zabiegach była zaczerwieniona, ale po 5-6 wizytach u dermatologa latem cieszyłam się w miarę gładką buzią o jednolitym (w miarę ;)) kolorze skóry.

To w takim dużym skrócie.

Mam 26 lat i walczę z trądzikiem od dobrych 12 lat. I nie wyleczyłam go. Próbowałam już wielu rzeczy przepisywanych przez lekarzy- antybiotyków doustnych (rewelacyjne efekty, ale tylko na czas brania leku i krótko po), antykoncepcji hormonalnej (dwa podejścia, jedno fatalne, drugie bardziej udane- również rewelacyjne efekty, ale sytuacja identyczna jak z antybiotykami), retinoidów zewnętrznych, maści, kremów, ręcznie robionych papek, kuracji drożdżami czy olejowania twarzy. Zrobiłam milion badań hormonów (TSH, FT3, FT4, antyTG, antyTPO, DHEA-SO4, prolaktyna, androstendion, testosteron, testosteron wolny, 17-hydroksyprogesteron, SHBG).

Nigdy nie zdecydowałam się na kurację izotretynoiną- nie chciałam. Za bardzo bałam się skutków ubocznych i powrotu do antykoncepcji hormonalnej. 

Nie mam postawionej diagnozy i PRZYCZYNY tego, dlaczego trądzik mam, pomimo, że nie jestem już w okresie dojrzewania.

Leczę się regularnie u ginekologa (który nie stwierdził problemu z tarczycą) w międzyczasie byłam jeszcze u jednego ginekologa, który również nie widział problemów z hormonami tarczycy, byłam u 3 endokrynologów (dwóch z nich stwierdziło, że moja tarczyca jest zdrowa i nie mam problemów) i u dermatologa, który właśnie w tarczycy widział przyczynę trądziku. W dodatku ginekolog i mój lekarz rodzinny mają zupełnie odmienne zdania co do podejrzenia u mnie hiperprolaktynemii, która również może być powiązana z trądzikiem.

Efekt?

Jebać te wizyty, bo mam dość tuptania sobie od gabinetu do gabinetu (w ostatnim okresie u lekarza musiałam być co tydzień), wydawania ciężkiej kasy (wszystkie moje wizyty były i są wizytami prywatnymi- i tak czasami czekam po miesiąc, dwa na wizytę) i ładowania w siebie leków, które efekty dają- ale na chwilę.

Byłam wielokrotnie i znowu jestem na etapie "Nie lubię już Was, lekarze i nie chcę już Waszej pomocy. Pocałujcie się w dupę, poradzę sobie sama".

12 lat to dużo i można dogłębnie poznać swój organizm i problem, z którym się walczy. I ja, w końcu po latach doświadczeń mogę zaobserwować 3 przyczyny mojego stanu cery (lepszego bądź gorszego). Wpływ na to mają:

-dieta,
-stres,
-promieniowanie ultrafioletowe (UV), czyli po prostu promienie słoneczne. 

O tym, jak radzę sobie sama z trądzikiem i jakie przynosi to efekty (wolne, bo wolne, ale są i zostają) opiszę dokładniej w kolejnym poście.

poniedziałek, 9 marca 2020

O depresji szczerych słów kilka.

Utarło się jakieś przekonanie, że osoba chora na depresję zawsze jest niezadbana, nie dba o swój wygląd i o higienę osobistą, wiecznie płacze, bardzo izoluje się od innych ludzi i cały dzień gapi się w ścianę. I okej, zazwyczaj tak rzeczywiście jest. Problem jest w tym, że depresja nie musi TYLKO tak wyglądać. Nie ma określonego schematu, punktów, które trzeba spełnić, by zyskać miano osoby chorej na depresję. Taki człowiek może być uśmiechnięty, radosny i taki "jak zawsze". Na zewnątrz tak to może wyglądać. Jednak w środku takiego człowieka kotłuje się od miliona różnych, naprawdę różnych myśli.

Najgorsze rady, jakie może usłyszeć osoba w depresji "Weź myśl pozytywnie, inni mają gorzej" "Inni naprawdę mają większe problemy", "Wiesz, ile osób chciałoby mieć takie problemy jak Ty?".
To nie są rady, które motywują takiego człowieka do działania. Serio. Sprawiają, że jeszcze bardziej wzrasta poczucie winy za ten stan. Jakby tego poczucia winy było za mało. 

U mnie tak było, tak niestety nadal jest. To poczucie winy, że nie mam prawa tak się czuć, bo w moim życiu wszystko się układa, nic w moim życiu nie dzieje się tragicznego i powinnam być szczęśliwa, uśmiechniętą, młodą dziewczyną. Ale nie jestem, pomimo naprawdę wielu chęci bycia osobą pozytywną i zmotywowaną do działania. Uczucie jest strasznie frustrujące, bo ma się tysiąc myśli na minutę o tym, jak żałosnym się jest przez to, że jest się smutnym. O wiele za długo, niż jest to akceptowalne. 

Można mieć gorszy dzień, czy nawet ciężki tydzień. I wtedy spacer, pójście na zakupy, czy poczytanie fajnej książki może pomóc. Ale kiedy jest się chorym na depresję, spacer nie pomoże. To tak, jakby osobie chorej np. na cukrzycę ktoś zaproponował: słuchaj, no wiem, że masz cukrzycę ale może idź na spacer i to Cię wyleczy? Nie pomaga czekolada, nastawienie się pozytywnie do życia. Choćby nie wiadomo jakby się chciało, coś w głowie blokuje tę myśl.

Bo depresja to choroba. I depresję się leczy.

Przed wizytą u psychologa nie dowierzałam, że kiedyś wyląduję w takim miejscu. To nawet nie chodziło o wstyd i jakieś głupie myśli, że chyba powoli staje się czubkiem (a tak serio nie mam myśli, że osoba korzystająca z pomocy psychologa, to czubek ;)), a o taką totalną pustkę w głowie- no bo co ja mam temu psychologowi w sumie powiedzieć? I czy naprawdę jestem tak słaba, że nie radzę sobie sama ze sobą? Czułam się znowu winna i tak strasznie bałam się słów psychologa, który powie, że wymyślam sobie problemy w życiu i nic mi nie jest i nie mam jej zawracać głowy. Serio. Usłyszałam jednak słowa "Dlaczego Pani się za to wini? Tak właśnie Pani się czuje i to są Pani emocje i uczucia". Te słowa siedzą we mnie do dzisiaj. To jest dziwne uczucie, otworzyć się przed totalnie obcym człowiekiem, który w dodatku bierze za to kasę, ale staram się myśleć o tym, że jest to specjalista i osoba, która nie rozwiąże moich problemów, ale może pomoże mi dać siły, by samej sobie z problemem poradzić. Nie da za bardzo na taką wizytę przygotować i ja czułam się totalnie, totalnie dziwnie.

Wizyta u psychiatry też nie należała do tych rzeczy, których bym się spodziewała w swoim życiu. No bo teraz to już serio muszę być jakaś nie halo, skoro idę do psychiatry. Niby lekarz, jak lekarz. Ten od płuc, ten od nogi, a ten od głowy.

A jednak nadal panuje przekonanie, że do psychiatry trafiają ludzie, którzy mają nie halo z głową. Nic bardziej mylnego. Trzeba wyzbyć się takiego myślenia i przede wszystkim nie wstydzić się tego, że ma się problemy i jest się chorym.

Kiedy idziesz do lekarza rodzinnego z przeziębieniem, nie wstydzisz się tego przeziębienia. Idziesz tam, bo chcesz dostać leki i być zdrowym. Tak samo jest z psychiatrą.

Mimo stresu przed wizytą, czuję, że psychiatra mi pomógł- postawił diagnozę i przepisał leki. Nie jest to łatwa sprawa, gdy wiesz, że przyjmujesz antydepresanty. Trzeba znowu zmienić myślenie, że jest to po prostu lek, a nie największy grzech i wcielone zło. No bo znowu to słowo tak strasznie brzmi i kojarzy się z "czubkami", którzy się tną i ubierają na czarno. A ogólnie przyjęte myślenie społeczeństwie o lekach na depresję "Antydepresanty? Jezus Maria, nie boisz się?!" "A jak Cię zmienią i otępią?" "A czy to bezpieczne?" niestety powoduje, że sam obawiasz się konsekwencji.

Kiedy masz problem i coraz bardziej dostrzegasz, że rzeczywiście nie jest okej, wizyta u psychiatry i najlepiej jeszcze u psychologa uważam, że jest kluczowa. Kiedy nie umiesz już sam sobie poradzić, przyjaciele i rodzina nie potrafią Cię zmotywować i Ty sam czujesz, że jakoś powoli wszystko staje się bez sensu i takie bezosobowe, to jest ten moment, by prosić o pomoc.

Podobno bardzo dużym problemem w dzisiejszych czasach jest samotność. Wszyscy mamy dużo znajomych, przyjaciół, mamy super udane życie towarzyskie. A podobno, tak naprawdę, czujemy się niesamowicie samotni i niezrozumiani.

A osoba z depresją czuje to jeszcze bardziej i mocniej. Najgorsze jest to, że bardzo często izoluje się od ludzi i zostaje z problemem sama. A często potrzeba tej dobrej duszy, która wyciągnie pomocną dłoń. Mnie pomogli bardzo rodzice, mój Marcin i moje najbliższe przyjaciółki. Rodzice zachowali się cudownie i gdy w końcu podzieliłam się z nimi problemem, nie usłyszałam "Nie wymyślaj. Sobie coś ubzdurałaś, przecież w życiu masz wszystko".  Dostałam mnóstwo wsparcia, spokoju i zrozumienia. Pamiętam, jak mama powiedziała mi: "Wiesz, to tak naprawdę w mózgu zachodzą biochemiczne reakcje. Z tego da się wyjść. Nie obwiniaj się za ten stan".  A mój Marcin, który żyje przecież ze mną na co dzień, po prostu przyjął do wiadomości, że potrzebuję tej pomocy, ogromu wsparcia i zrozumienia. Nie robi mi wyrzutów, jest przy mnie cały czas i na wszelkie sposoby stara się wywoływać u mnie uśmiech (i to mu się udaje! :))

Samemu jest ciężko, bo człowiekowi wydaje się, że tylko on tak ma, że jest jedyną osobą na świecie, która ma taki problem. Ale okazuje się, że mnóstwo, naprawdę mnóstwo ludzi ma depresję, lęki, czy załamania nerwowe. I to jest, w pewien sposób, pocieszające, bo wiesz, że inni mają podobnie. I że wcale nie jesteś takim czubkiem i odmieńcem. I kiedy masz wsparcie w tych najbliższych, jest nadal ciężko, ale na pewno lepiej i raźniej.

Depresja to nadal temat TABU. Niby wszędzie się trąbi o tym, że to choroba cywilizacyjna, że to jest naprawdę duży problem i wyznacznik naszych czasów, ale nikt się nie przyzna, że ma problem, bo to wstyd, bo nie można pokazać, że jest się słabym człowiekiem (chociaż nie rozumiem, skąd to przeświadczenie, że taki człowiek musi być człowiekiem słabym), bo trzeba w życiu mieć twardą dupę, a leki są dla słabych.

Uważam, że najważniejsze, to zdać sobie sprawę z problemu i prosić o pomoc- przede wszystkim specjalistów. To nie są ludzie, którzy nas zjedzą- oni są po to, by pomóc.

https://www.youtube.com/watch?v=PNHQO_GmZpU

wtorek, 18 lutego 2020

Kiedy nieznane okazuje się być fajne

Ciągle mówi się o tym, by robić to, co kochasz, to, co sprawia Ci przyjemność i to, co jest Twoją życiową pasją. Masz być odważny, nie bać się podejmowania decyzji i brać na klatę konsekwencje swoich wyborów. Masz być człowiekiem szczęśliwym, bo nikt za Ciebie życia nie przeżyje. A w dodatku masz to życie aż jedno.

Słyszałeś zapewne milion razy takie motywacyjne teksty i może dawały Ci one motywację. Na chwilę. Niby to wszystko prawda, niby wystarczy zrobić krok, czasem nawet mały i przestać oglądać się na innych. Patrzeć na siebie, robić swoje. No bo skoro drugiego życia mi nikt nie da, to rzeczywiście musisz wziąć się ostro za robotę i pracować na swoje szczęście. Takie myśli masz wieczorem, przed snem. Wiesz, że kolejnego dnia, z samego rana wszystko się zmieni i zaczniesz spełniać swoje najskrytsze marzenia. Budzisz się rano następnego dnia i nie dzieje się... nic.

A ON TO TAM NIC NIE POTRAFI

Mam wrażenie, że w Polakach siedzi takie przekonanie, że jest się człowiekiem zbyt mało utalentowanym, bystrym i zaradnym oraz pracowitym i konsekwentnym, by coś osiągnąć. Mamy jakiś dziwny kompleks mało znaczącego Polaczka, który nic nie osiągnie, bo sukces i szczęście jest dla wybranych. I coraz częściej przekonuję się, że jest to wina rodziców, rodziny i z domu, z którego pochodzimy.
Chyba każdy za dzieciaka słyszał teksty typu: "No a Jaś dostał piątkę, a Ty już co, nie mogłeś też?" "A Małgosia to już taka grzeczna dziewczynka, moja córka taka nie jest" "Twoja starsza siostra taka nie była". W domu często dzieci krytykowało się w obecności innych osób dorosłych i dzieci. Inne dzieci zawsze były mądrzejsze, bystrzejsze, weselsze i sympatyczniejsze. Teraz chyba trochę się zmieniło. Nie jestem jeszcze mamą, rodzicem, ale wiem, że w przyszłości swoje dziecko będę chciała wspierać całą sobą i dodawać mu wiary w siebie i w swoje możliwości.


W szkole za to należało być we wszystkim najlepszy. Byłeś świetny z matmy i w liczbach, ale Twoją strasznie słabą stroną był język obcy. To źle. Masz mieć ze wszystkiego najlepszy. Tróje na świadectwie zawsze wyglądały źle i zawsze były zauważane wśród tych wszystkich szóstek i piątek. Liczy się tylko pasek na świadectwie, najwyższe wyniki na egzaminach (oczywiście, najwyższe wyniki we wszystkim). Jak nie jesteś najlepszy we wszystkim, to znaczy, że jesteś głupim leniem, który w życiu mało co osiągnie. Myślę, że polskie szkolnictwo to temat na osobny post.

W dzieciakach to chyba mocno siedzi, jest mocno zakorzenione. Dzieciak wyrasta na młodego i fajnego człowieka, ale niesamowicie zakompleksionego i niepewnego siebie. 


A WIESZ, ILU BYŁO TAKICH JAK TY?

Słyszy się ciągle rady "Nie patrz na innych i się nie przejmuj, rób swoje", ale uważam, że to trudna sztuka. Jest to długotrwały proces- przestać przejmować się tym, co powie reszta świata na Twój pomysł czy plan, jak stać się szczęśliwym człowiekiem. Nie da się nie przejmować opiniami ludźmi, zwłaszcza krzywdzącymi i podcinającymi skrzydła. A bardzo boli również to, gdy ktoś nam naprawdę bliski również nie widzi w nas potencjału i krytykuje na starcie. Nie wiem, skąd się to w ludziach bierze. Zazdrość? Ta polska mentalność "nie będziesz mieć lepiej ode mnie" ? Nie wiem. Ale często zamiast "Jak super! Będę Cie wspierać i Ci kibicować! słyszy się "A dasz radę, na pewno?" "Ło matko, wiesz, ilu takich jak Ty próbowało?" "Bez sensu, weź się w to nie ładuj, bo to nic Ci nie da".

Dlatego właśnie ludzie zostają w swojej strefie komfortu. Wpajano im od dziecka, że nie są dużo warci i lepiej być po prostu szarym człowieczkiem. Wielkie marzenia są dla wybranych. A szkoda. Bo gdy człowiek się odważy i zrobi ten pierwszy krok (trudny, w cholerę trudny), życie staje się naprawdę jak z.... no nie wiem, z idealnego profilu na instagramie.

PO ODWADZE SZOK

8 lat temu zakiełkował we mnie pewien pomysł, który przez cały ten czas był przeze mnie bardzo tłamszony. Niskie poczucie własnej wartości spowodowało, że ja również sama wmawiałam sobie, że to nie dla mnie, bo są lepsi, a ja nie jestem na tyle utalentowana i zdolna. 
I już nawet miałam jedną próbę spełnienia tego marzenia. I ten pierwszy krok się udał. Pamiętam te wszechogarniające szczęście, ekscytację i niedowierzanie, że się udało. I że nic nie bolało i jak szybko poszło! A potem... Aż wstyd się przyznać, ale z marzenia zrezygnowałam właśnie z powodu... strachu i bojaźliwości. Po prostu się bałam zmienić swoje życie i panujący w nim ład. Doszło to do mnie dopiero po kilku latach, że głównym powodem zabrania sobie marzenia byłam ja i mój strach.

Teraz życie daje mi drugą szansę i z niej korzystam. I nie ma już tego strachu i przeświadczenia o swojej "gorszości". 
I po tej odwadze, wyjścia z takiego myślenia, że teraz już w życiu wszystko będę mieć uporządkowane i niczego nie wolno sobie zaburzać, pojawił się szok i ekscytacja tym, co ma nadejść. To uczucie można porównać do czekania na randkę z mężczyzną swojego życia- wiesz, że to ten, że to jest właśnie to, czujesz te motyle i te gęsią skórkę na myśl o tym, co ma Cię spotkać wspólnie z nim w przyszłości.

WSZYSTKO PRZESTAJE MIEĆ ZNACZENIE

Przestają mieć znaczenie opinie ludzi, którzy wiedzą lepiej, co jest dla Ciebie dobre, a co nie, czy Twój wewnętrzny sabotażysta, który oczywiście usilnie próbuje Cię przekonać, że nie dasz rady.

Wychodzenie ze strefy komfortu i zgadzanie się na coś, co jest naprawdę nieznane i takie... inne? nowe? obce? w życiu jest ciężkie i powoduje w człowieku dziwne uczucia. Mnie przynajmniej takie uczucia towarzyszą. Jestem taka fifty-fifty: jest we mnie poczucie szczęścia i ekscytacji, a zarazem szoku i niemożliwości koncentracji na innych rzeczach.


Jeśli komuś mam dać TĘ motywację, by zacząć robić coś w kierunku tego, czego naprawdę chce (i to nie ważne, czy chodzi o pracę, pieniądze, rodzinę czy związek etc.), to pomyśl, jak świetnie będziesz się czuć, gdy zaczniesz spełniać swoje marzenie. Gwarantuję Ci, że uczucie jest fantastyczne. Możesz tak się czuć i powiedzieć o sobie, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. I naprawdę przestaje wtedy mieć dla Ciebie, czy komuś się to podoba, czy nie, co inni myślą na ten temat i czy tak w ogóle wypada.





piątek, 7 lutego 2020

Dlaczego demonizuję antykoncepcję hormonalną?

Cud pigułka. Bierzesz i nie masz problemu.  Niczym nie musisz się przejmować. Mnie się też tak wydawało. Do czasu.

PANI TO PO TYCH TABLETKACH BĘDZIE MIEĆ BUZIĘ GŁADZIUTKĄ JAK PUPCIA NIEMOWLĘCIA, NO JA MÓWIĘ PANI

Moja przygoda z doustną antykoncepcją hormonalną zaczęła się w wieku 17 lat. Miałam ciężką odmianę trądziku i lekarz endokrynolog przepisał mi antykoncepcję hormonalną jako lek na całe to zło na mojej buzi. Nie miałam wykonanego całego pakietu badań na hormony płciowe- jedynie prolaktyna i DHEA- SO4. Dodatkowo badanie hormonów tarczycy i stwierdzenie niedoczynności tarczycy. Nie skierowano mnie dodatkowo na wizytę do ginekologa. Efekt? Pojawiły się obfite krwawienia (nie, nie plamienia), przyrost masy ciała oraz stany depresyjne i agresja. Trądzik się zmniejszył, ale nie ustąpił. Nie rozumiałam za bardzo, co się dzieje, byłam bardzo młodziutką dziewczyną i jedynie, czego pragnęłam, to gładkiej buzi.

BO JA NIE CHCĘ MIEĆ DZIECI

Antykoncepcja hormonalna w postaci tabletek to zbawienie dla aktywnych seksualnie kobiet, które nie chcą mieć dzieci lub ich na razie nie planują. I to był główny powód, dlaczego na taką formę antykoncepcji zdecydowałam się będąc młodą dziewczyną. Moje drugie podejście. Przy regularnym zażywaniu CODZIENNIE jednej pigułki uważam tę metodę zabezpieczenia przed ciążą za stuprocentową. Nie trzeba zamartwiać się o dodatkowe zabezpieczenie w postaci np. prezerwatyw. Ginekolog zalecił mi wykonanie szerokiego pakietu badań hormonów płciowych i po uzyskaniu wyników badań zostały mi przepisane tabletki dwuskładnikowe jednofazowe. I przez długi okres czasu było świetnie. Krwawienia z odstawienia (często mylone z menstruacją!!! ) regularne, jak w zegarku. No i najlepszy efekt uboczny- znikający trądzik. Wtedy mi się wydawało, że to działa! Znalazłam swój lek będący ósmym cudem świata!

DZIEWCZYNY, KIEDY ZAŻYWACIE DOUSTNĄ ANTYKONCEPCJĘ HORMONALNĄ, NIE MACIE MIESIĄCZKI, BO NIBY JAK MACIE JĄ MIEĆ?!

"Zatrzymanie owulacji przez sztuczne hormony polega na oszukaniu organizmu, który przechodzi w skład uśpienia i nie uwalnia komórki jajowej. Pomimo obecności plemników w drogach rodnych kobiety, nie może dojść do zapłodnienia." 

Źródło: https://apteline.pl/artykuly/na-czym-polega-antykoncepcja-hormonalna

Po pewnym czasie zażywania tabletek antykoncepcyjnych problemy związane ze stanami depresyjnymi wróciły. I to nie było fajne. To było przerażające.
Czułam się bardzo dziwnie w swoim ciele i czułam się jak nie ja. Krwawienia z odstawienia stały się zbyt obfite, by funkcjonować normalnie w normalny dzień.

Wyobraźcie sobie dziewczynę, która jest młoda i naprawdę nie ma większych problemów. I bardzo docenia to, co ma i naprawdę jest zadowolona ze swojego życia. A potem, nagle, staje się dziwnie agresywna i wpadająca w złość, płacząca "niby bez powodu" i lubiąca coraz częściej gapić się w ścianę.

Zostały mi przepisane inne tabletki antykoncepcyjne, na których wytrzymałam miesiąc, dokończyłam opakowanie i zaczęło się wielkie odliczanie i czekanie na to, co nadejdzie. Czyli na skutki odstawienia doustnej antykoncepcji hormonalnej.

A SKUTKI BYŁY

Cera przetłuszczała się niemiłosiernie i, pozwolę użyć sobie tego wyrażenia, buzia świeciła mi się jak psu jajca. Naprawdę. Mój organizm produkował tak dużą ilość sebum, z którą nie mógł sobie poradzić. Co oczywiście za tym idzie- trądzik wrócił. Ze zdwojoną siłą. Z gładkiej cery, bez wykwitów zamieniła się znowu w jedno wielkie miejskie z cystami ropnymi i przebarwieniami.

Niestety, po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej moje miesiączki są niesamowicie bolesne. Nie potrafię przeżyć dwóch pierwszych dni nie biorąc podwójnej dawki Nospy.

Stany depresyjne w okolicach miesiączki (tej już prawdziwej)... nie ustąpiły. Albo nazwę to inaczej, by nie brzmiało to tak strasznie: mam bardzo silny PMS.

Przez cały okres stosowania tabletek wypadały mi bardzo włosy. Codziennie wielkimi garściami. Problem nie zniknął po odstawieniu tabletek. Tak naprawdę niedawno uporałam się z problemem wypadających włosów poprzez odpowiednią suplementację i dbanie o dostarczanie organizmowi zdrowych kwasów tłuszczowych.


Doustna antykoncepcja hormonalna NIE JEST, MOIM ZDANIEM, LEKIEM. A wiem, że lekarze tak ją traktują. Uważam, że przed rozpoczęciem stosowania takiej formy antykoncepcji trzeba wykonać szereg badań i znaleźć dobrego lekarza, który nie przepisze Wam tabletek ledwo na Was spoglądając.


To nie są dropsy czy cukierki. Nie są obojętne dla organizmu, mimo że czynią cuda- naprawdę, dobrze stosowane, są świetnym zabezpieczeniem przed ciążą.


Mnie bez doustnej antykoncepcji hormonalnej jest lepiej- nie ładuję w siebie sztucznych hormonów, które powodowały we mnie huśtawki nastrojów. A o wiele lepszym lekiem, który radzi sobie z moim trądzikiem stało się... zdrowe jedzenie.

Dlatego więc, droga dziewczyno i kobieto! Zastanów się i rozeznaj w temacie, znajdź dobrego ginekologa i ŻĄDAJ o skierowanie na badania hormonów, zanim zdecydujesz się na taką formę antykoncepcji. Nic, co jest sztuczne, nie zostawia obojętnego stosunku w naszym organizmie.








Siła, którą powinien mieć każdy

Siła, którą powinien mieć każdy
Ostatnio natknęłam się na piosenkę Demi Lovato, która wywołała u mnie niesamowite emocje. I choć nie jestem jej fanką, piosenka za każdym razem wywołuje u mnie gęsią skórkę i już nie raz przy niej popłynęły mi łzy...


Ktokolwiek, proszę ześlij mi kogokolwiek
Panie, jest tam ktokolwiek?
Potrzebuje kogoś, oh
Ktokolwiek, proszę ześlij mi kogokolwiek
Panie, jest tam ktokolwiek?
Potrzebuje kogoś



Każdy miał w swoim życiu moment, w którym stwierdził, że dalej już nie może. Nie da rady. Jest za słaby. Wszystko jest do kitu. Wszystko jest bez sensu. Nie nadajesz się do tego świata i go nienawidzisz. Nienawidzisz ludzi i wszystkiego, co Cię otacza. Ba, zapewne miał tych momentów kilka. Pewnie, te momenty mogą mimo wszystko motywować do tego, by jednak dalej się nie poddawać. Ale często też ucinają kawałek tych skrzydeł. I ciężko potem te skrzydła tak szybko zagoić. 

Czujesz się jak gówno, czujesz się słaby. Zastanawiasz się, skąd Ci się to wzięło i dlaczego Ciebie to spotyka. Uśmiechasz się, bo tak wypada i tak w sumie jest prościej. Masz dosyć słuchania świetnych rad "inni mają gorzej, więc nie narzekaj". Masz w dupie to, że inni mają gorzej, bo TY SAM nie czujesz się najlepiej. 

Próbuję, próbuję, próbuję jeszcze mocniej
Powiedzieć tajemnice zanim stracę głos
Zmęczona próżnymi rozmowami
Bo nikt mnie już nie słucha


Każdy ma w głowie tego małego sabotażystę. Potrafi on wyczarować takie cuda w głowie i utwierdzić Cię w przekonaniu, że rzeczywiście nie należysz i nigdy nie będziesz należeć do TYCH ludzi, którzy są szczęśliwi, pewni siebie, odważni i tak bardzo zadowoleni z życia. 

Najgorsze jest to, że z tym właśnie sabotażystą zawsze będziesz. Gdziekolwiek pójdziesz, pójdzie za Tobą. I będzie dalej tłuc Ci do głowy te pierdoły. Próbujesz z nim walczyć, ale to kosztuje baaaardzo dużo sił. Niby się udaje, niby już jesteś na wygranej pozycji, ale nadal brakuje Ci tej siły, tej super mocy. Jesteś tym zmęczony, bo walka wydaje się być czymś nieskończonym. Opadasz już z resztek sił. Wiecie, jak to w filmach. Opadasz na podłogę, ciężko oddychasz i ledwo podtrzymujesz się rękami. 


I potem nagle staje się coś nadzwyczajnego. 



Nie znam życia prywatnego Demi, słyszałam coś o jej uzależnieniach i depresjach.

Ale w jej piosence można wyraźnie wyczuć, że woła ona o tę siłę. Nawet już nie woła, ona błaga.
I tak strasznie jej nie zazdroszczę tego, że tej siły jeszcze nie ma.

Bo ja ją znalazłam.
Tą siłą jest mój Marcin.








Copyright © 2016 Ala ma bloga , Blogger