poniedziałek, 30 marca 2020

Trądzik: moja historia część I

Jest to dla mnie wpis bardzo emocjonalny i trudny. Bo chociaż ktoś może machnąć ręką i powiedzieć "Jezu, gdybym ja miał taki problem jak Ty, byłbym szczęśliwy" albo "Weź nie przesadzaj, jak zakryjesz podkładem, to nic nie widać", trądzik dla mnie nie jest tylko moją chorobą skóry, ale skutkiem moich innych problemów zdrowotnych, tych fizycznych i przyczyną problemów psychicznych- temat trądziku podnoszę podczas mojej psychoterapii.

Trądzik pojawił się po raz pierwszy, gdy byłam w gimnazjum, czyli 12 lat temu. Miałam wtedy grzywkę i problemy z trądzikiem na czole, z wiadomej przyczyny-  z powodu grzywki. Włosy przetłuszczały się, rozpoczynałam okres dojrzewania i pamiętam doskonale, że krostki na czole maskowałam słynnym antybakteryjnym pudrem kompaktowym Synergen 😃

Duży, bardzo duży problem trądziku pojawił się w 3 klasie liceum. Udałam się do dermatologa i zostały przepisane mi leki na trądzik (doustny antybiotyk i leki zewnętrzne). Dermatolog skierował mnie również do endokrynologa z podejrzeniem nierównowagi hormonalnej i od tego całe "bailando" się zaczęło.

U endokrynologa miałam zrobione USG tarczycy i postawioną diagnozę- niedoczynność tarczycy. Pamiętam, że miałam również robione badania DHEA-SO4, TSH i prolaktyny. Lekarz przepisał mi bardzo znane tabletki na wyrównanie hormonów tarczycy i również znane w tamtym okresie tabletki antykoncepcyjne, które trądzik miały mi wyleczyć.
W efekcie pamiętam tylko tyle, że napuchłam, byłam agresywna i rozdrażniona i miałam olbrzymie plamienia w czasie stosowania tabletek antykoncepcyjnych.

Trądzik był wszędzie- na czole, na brodzie, ale najbardziej atakował moje policzki. Wielkie, podskórne, bardzo bolące "grudki", które nigdy nie chciały wyjść na zewnątrz. Nie miałam trądziku w okolicy żuchwy. Lekkie krostki na plecach i dekolcie, ale nie powodujące dyskomfortu.

Był to dla mnie bardzo stresujący okres- była to klasa maturalna,  a więc duża ilość nauki i zmęczenie.

Nie pamiętam już dokładnie kiedy, ale pamiętam, że odstawiłam tabletki antykoncepcyjne i leki na tarczycę. Czułam się po prostu źle, fizycznie i psychicznie. Nie skonsultowałam tego z lekarzem, nie wróciłam już nigdy do endokrynologa, który przepisał mi te leki.

Na studiach mój trądzik ucichł, ale nie zniknął. Złagodniał i nie atakował tak mocno, jak w liceum. Wtedy też stan mojej skóry na tyle się poprawiał, że mogłam udać się w sezonie jesienno-zimowym do dermatologa na kwasy, czyli zabiegi spłycające blizny potrądzikowe i rozjaśniające przebarwienia. Były to zabiegi kwasami o wysokich stężeniach- takich, które wykonywać może już tylko lekarz. Jestem dość odporna na ból, uczucie pieczenia i swędzenia- potrafiłam długo wytrzymać z kwasem na buzi. Skóra zawsze po zabiegach była zaczerwieniona, ale po 5-6 wizytach u dermatologa latem cieszyłam się w miarę gładką buzią o jednolitym (w miarę ;)) kolorze skóry.

To w takim dużym skrócie.

Mam 26 lat i walczę z trądzikiem od dobrych 12 lat. I nie wyleczyłam go. Próbowałam już wielu rzeczy przepisywanych przez lekarzy- antybiotyków doustnych (rewelacyjne efekty, ale tylko na czas brania leku i krótko po), antykoncepcji hormonalnej (dwa podejścia, jedno fatalne, drugie bardziej udane- również rewelacyjne efekty, ale sytuacja identyczna jak z antybiotykami), retinoidów zewnętrznych, maści, kremów, ręcznie robionych papek, kuracji drożdżami czy olejowania twarzy. Zrobiłam milion badań hormonów (TSH, FT3, FT4, antyTG, antyTPO, DHEA-SO4, prolaktyna, androstendion, testosteron, testosteron wolny, 17-hydroksyprogesteron, SHBG).

Nigdy nie zdecydowałam się na kurację izotretynoiną- nie chciałam. Za bardzo bałam się skutków ubocznych i powrotu do antykoncepcji hormonalnej. 

Nie mam postawionej diagnozy i PRZYCZYNY tego, dlaczego trądzik mam, pomimo, że nie jestem już w okresie dojrzewania.

Leczę się regularnie u ginekologa (który nie stwierdził problemu z tarczycą) w międzyczasie byłam jeszcze u jednego ginekologa, który również nie widział problemów z hormonami tarczycy, byłam u 3 endokrynologów (dwóch z nich stwierdziło, że moja tarczyca jest zdrowa i nie mam problemów) i u dermatologa, który właśnie w tarczycy widział przyczynę trądziku. W dodatku ginekolog i mój lekarz rodzinny mają zupełnie odmienne zdania co do podejrzenia u mnie hiperprolaktynemii, która również może być powiązana z trądzikiem.

Efekt?

Jebać te wizyty, bo mam dość tuptania sobie od gabinetu do gabinetu (w ostatnim okresie u lekarza musiałam być co tydzień), wydawania ciężkiej kasy (wszystkie moje wizyty były i są wizytami prywatnymi- i tak czasami czekam po miesiąc, dwa na wizytę) i ładowania w siebie leków, które efekty dają- ale na chwilę.

Byłam wielokrotnie i znowu jestem na etapie "Nie lubię już Was, lekarze i nie chcę już Waszej pomocy. Pocałujcie się w dupę, poradzę sobie sama".

12 lat to dużo i można dogłębnie poznać swój organizm i problem, z którym się walczy. I ja, w końcu po latach doświadczeń mogę zaobserwować 3 przyczyny mojego stanu cery (lepszego bądź gorszego). Wpływ na to mają:

-dieta,
-stres,
-promieniowanie ultrafioletowe (UV), czyli po prostu promienie słoneczne. 

O tym, jak radzę sobie sama z trądzikiem i jakie przynosi to efekty (wolne, bo wolne, ale są i zostają) opiszę dokładniej w kolejnym poście.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Ala ma bloga , Blogger